Artykuły

In vitro to decyzja premiera, nie Arłukowicza

Po zapowiedzianym przez premiera programie zdrowotnym w sprawie refundacji in vitro mało kto już pyta o NFZ, Elektroniczną Kartę Pacjenta, dodatkowe ubezpieczenia. Jak z nieba to in vitro spadło.

Sławomir Neumann (PO), wiceminister zdrowia: - Nie odbieram tego w ten sposób. Zapowiedź premiera to efekt, powiedzmy to sobie uczciwie, pewnego klinczu w klubie PO. Nie była to decyzja ani ministra Arłukowicza, ani resortu, ale premiera. My teraz mamy ją skutecznie wykonać. Sprawa in vitro nie była naszym priorytetem, nigdy o tym głośno nie mówiliśmy, niczego nie zapowiadaliśmy w tej sprawie, co nie znaczy, że nic w resorcie nie było przygotowywane. Czekaliśmy na projekt ustawy, który Klub Parlamentarny PO miał w tej sprawie zgłosić.

A coś było w resorcie przygotowywane?

Materiały dotyczące in vitro w szufladach ministerstwa są jeszcze od czasów ministra Balickiego. Choć my nastawialiśmy się na inną kolejność – najpierw będzie ustawa, a dopiero potem szczegółowe rozporządzenia. Ale skoro premier uznał, że trzeba wreszcie przerwać ten węzeł gordyjski, który się w Platformie zawiązał, to my to zadanie wykonamy. Zwłaszcza, że w Polsce w najbliższych latach głównym wyzwaniem jest gospodarka, a nie sprawy i spory światopoglądowe, które dziś wielu są na rękę. Mamy w Sejmie partie, które swój kapitał budują na podsycaniu takich sporów. I zarówno aborcja, jak i in vitro są do tego wykorzystywane.

Tyle, że program zdrowotny nie załatwia wcale sprawy in vitro. Załatwia jedynie sprawę refundacji i reguluje jedynie zabiegi refundowane. Cała reszta zostaje po staremu.

Oczywiście, ale liczę, że to będzie impuls do dalszych prac nad kompromisem. Myślę, że dzięki temu szybciej powstanie projekt ustawy o in vitro. Szczerze mówiąc, nie wiem, co przyświeca niektórym osobom, które walczą, by nie można było mrozić żadnych zarodków, jednocześnie zamykając oczy na to, co dzieje się dzisiaj, kiedy przy braku regulacji zarodki mogą trafiać do ścieków i nie ma nad tym żadnej kontroli. I to jest OK? W przypadku naszego programu zdrowotnego sprawa jest prosta – mówimy o procedurze medycznej, nie o kwestiach etycznych.

I mam nadzieję, że wejście programu w życie przybliży nas do jakiegoś sensownego kompromisu. Tak jak było w przypadku ustawy aborcyjnej w 1993 roku.

Zadłużone szpitale, brak pieniędzy na zabiegi, a resort zdrowia daje 300 mln zł na trzyletni program in vitro. Naprawdę to w tej chwili najpilniejszy wydatek?

Znam te argumenty, ale mówienie, że zajmujemy się tylko in vitro nie jest prawdą. A te 50 mln zł, jakie w przyszłym roku przeznaczymy na in vitro przy skali naszych wydatków przekraczających grubo 60 mld zł to nie jest jakaś zawrotna kwota. Więc nie przesadzajmy. Przestrzegałbym też przed przeciwstawianiem sobie pacjentów. Miałem okazję uczestniczyć ostatnio w pracach Komisji Zdrowia w Sejmie, która zajmowała się w odstępie kilku tygodni problemami w leczeniu cukrzycy, w onkologii i w okulistyce. I każda z tych dziedzin wymaga większych nakładów. Nie można jednak mówić, że teraz zabierzemy cukrzykom i damy onkologii, albo zabierzemy onkologii i damy na kardiologię. Bo państwo ma dać równy dostęp wszystkim do badań i świadczeń medycznych. Także do in vitro. Nie możemy dać pieniędzy tylko na jedną dziedzinę, a resztę sobie odpuścić.

Ale jeśli chodzi o znaczenie i pilność leczenia, to trudno postawić onkologię na równi z in vitro, które dotyczy tak naprawdę ułamka społeczeństwa.

Zdarzają się także nowotwory, które dotyczą kilkunastu, kilkudziesięciu czy kilkuset ludzi. I co, mamy ich nie leczyć, bo to fanaberia? Bo dotyczą ułamka społeczeństwa? Nie wolno tak stawiać sprawy. In vitro jest taką samą procedurą medyczną jak wszystkie inne.

Nie jest panu żal, że to in vitro jest dziś wizytówką resortu, a nie np. zapowiadana od dawna likwidacja NFZ?

Dzięki temu, że media zajmują się in vitro, możemy spokojnie pracować nad pozostałymi projektami. Nie mam potrzeby ekscytowania się naszymi pomysłami na zewnątrz. Pracujemy bardzo intensywnie nad zmianami w NFZ i Elektroniczną Kartą Pacjenta, i gdy będziemy mieć gotowe projekty, pokażemy je.

Kiedy to będzie?

Jesteśmy zdeterminowani, żeby wprowadzić je szybko, w listopadzie będziemy mieć gotowy pierwszy projekt ustawy o NFZ. Do Sejmu powinien trafić na wiosnę.

Ten likwidujący centralę NFZ i powołujący ośrodki regionalne?

Tak. Zlikwidujemy centralę i powołamy urząd, który będzie z jednej strony nadzorczo-kontrolny, a z drugiej będzie wyceniać procedury i dbać o jakość w ochronie zdrowia. Docelowo ma służyć nie tylko płatnikowi publicznemu, ale także prywatnym płatnikom. Nad szczegółami tych rozwiązań jeszcze pracujemy. Likwidujemy centralny organ NFZ ,ale pewne sprawy muszą być regulowane na szczeblu centralym. I teraz trzeba dobrze to rozpisać, aby nie wylać dziecka z kąpielą. Zmiana ma przynieść poprawę obsługi, a nie utrudnić ludziom życie.

A ten urząd nie będzie taką quasi-centralą, tylko pod inną nazwą?

Nie, bo wszystkie kompetencje będą na dole w regionach. Ten urząd będzie czymś na kształt KNF, która ma nadzór nad bankami czy ubezpieczeniami - tylko nadzór i możliwość wydawania dyrektyw, aby pilnować dobrych praktyk w ochronie zdrowia. Prezes tego urzędu nie będzie mógł decydować o tym, co się dzieje w ośrodku w Białymstoku. Będzie jednak mógł wyciągać konsekwencje w przypadku łamania ustalonych procedur. Powołanie tego urzędu to pierwszy krok do tego, by potem ten urząd nadzorował płatników prywatnych z dobrowolnych ubezpieczeń dodatkowych, które wprowadzimy w przyszłości.

Ośrodek regionalny NFZ będzie w każdym województwie?

Niekoniecznie. Maksymalnie będzie ich 16, ale może być mniej. Zastanawiamy się jeszcze, czy lepiej stworzyć kilka silnych regionalnych ośrodków, czy pozostawić 16, dając im szansę łączenia się w silniejsze grupy w przyszłości.

Eksperci podkreślają, że istotne będzie tu przede wszystkim określenie obszaru autonomii tych regionalnych ośrodków. I to komu będą podlegać. Jeśli ministrowi lub prezesowi struktury centralnej, to decentralizacja będzie tylko pozorna.

Nie jest problemem to, kto powoła regionalnego dyrektora, tylko jakie będzie miał on kompetencje. Jeśli przykładowo schodzimy z kompetencjami z Warszawy do Białegostoku, Gdańska czy Szczecina i tam będą podejmowane decyzje co i jak kontraktujemy, to jest to wielka zmiana jakościowa. Tam będą zapadać kluczowe decyzje, tam będzie określany plan zdrowotny dla regionu i zgodnie z nim będą kontraktowane poszczególne usługi.

Co zmieni się dla przeciętnego pacjenta w Białymstoku czy gdziekolwiek indziej?

Pacjent powinien odczuć zmianę jakości świadczonych usług. Jeżeli zakładamy decentralizację i przeniesienie decyzji, na co wydajemy pieniądze w dół, bliżej pacjenta, to poprawi się jakość świadczonych usług i ich dostępność. Celowanie w poszczególne miejsca z pieniędzmi będzie znacznie skuteczniejsze niż dzisiaj. Uważam, że trzeba ludziom przybliżać możliwość decydowania o sprawach dla nich istotnych. Nie wszystko z Warszawy widać lepiej.

Krytycy mówią, że już raz podobną do pańskiej reformę przerabialiśmy - z kasami chorych.

To zupełnie co innego. Nawet jeśli będzie 16 oddziałów, to nie będzie między nimi konkurencji o pacjenta, jak było przy kasach, nie będzie problemu płacenia za migrację, bo to będzie już wcześniej rozstrzygnięte. Nie będzie tak, że składka płacona na Podlasiu będzie trafiała tylko na Podlasie, a na Mazowszu tylko na Mazowsze i będą nierówności w dostępie i nierówności w składkach. Zapewniam, nie będzie powrotu do kas chorych. Nie chcę, by publiczni płatnicy ze sobą konkurowali, bo to jest absurdalne. Konkurować mają płatnicy prywatni przy dodatkowych ubezpieczeniach, oferując atrakcyjne pakiety.

A Elektroniczą Kartę Pacjenta uda się w 2014 r. wprowadzić?

Do 2014 r. będzie na 100 procent. Co prawda kartę przygotowuje i będzie wydawał NFZ, ale robi to w bliskiej współpracy z Ministerstwem Zdrowia. Nadzoruję te prace i zapewniam, że Karta Pacjenta będzie na pewno. Gwarantuję.

(rzeczpospolita.pl)