Szanowni Państwo

W imieniu Komitetów Organizacyjnego i Naukowego pragniemy podziękować Państwu za udział w  I Międzynarodowej Konferencji „Niepłodność w XXI wieku. Mity i Rzeczywistość”, która odbyła się w dniach 26 – 27 października 2012 roku w Warszawie. Mamy nadzieję, że udział w wydarzeniu, jakim była I Międzynarodowa Konferencja „Niepłodność w XXI wieku. Mity i Rzeczywistość” spełnił Państwa oczekiwania.

            Liczymy na Państwa ponowny udział w przyszłym roku.


Eryk Wójcikowski
Sekretarz Komitetu Organizacyjnego

Aktualności ze świata mediów

Dlaczego Kościół potępia in vitro i antykoncepcję

Watykan protestuje przeciw "cywilizacji śmierci", ale w praktyce biskupi bywają skłonni do tego, być dać katolickim politykom przyzwolenie na kompromisy w sprawie ustaw o zapłodnieniu pozaustrojowym czy stosowaniu pigułki "dzień po".

"Przekazywanie życia jest aktem osobistym mężczyzny i kobiety jako pary, który nie dopuszcza żadnego działania zastępczego" - głosi instrukcja "Dignitas personae", którą Kongregacja Nauki Wiary wydała w 2008 r. Powtarza ona nauczanie Kościoła, że powstanie zarodka daje początek życiu ludzkiemu i dlatego należy mu się poszanowanie ze względu na przynależną mu "godność osoby ludzkiej".

Część kościelnych myślicieli woli argument o "godności osoby", unika jednoznacznych sformułowań, że zarodek od początku jest "osobą ludzką", bo są one kontrowersyjne nawet w ramach katolickiej tradycji filozoficznej. Wielu kluczowych teologów (m.in. św. Augustyn i św. Tomasz z Akwinu) przez wieki próbowało bowiem rozróżniać embriony z duszą rozumną bądź bez niej. Miało to zależeć - w ślad za poglądem Arystotelesa - od stanu ich uformowania, czyli fazy rozwoju. Granicę próbowano też wyznaczać w momencie pierwszego odczuwalnego poruszenia się płodu w łonie. Dopiero papież Pius IX w drugiej połowie XIX w. wykreślił na dobre z kościelnych przepisów rozróżnienie na płód z duszą i jeszcze bez niej.

Obecnie Watykan zaleca parom, które nie potrafią doczekać się dziecka, rozważenie adopcji. Sama metoda in vitro jest zdaniem Kościoła niegodziwa, a jeśli już jest dostępna w jakimś kraju, to instrukcja "Dignitas personae" zaleca, by powstałe w jej wyniku embriony chronić jako ludzi.

Kościół potępia ich mrożenie, niszczenie i przekazywanie do badań naukowych. Co więc z nimi zrobić? Odpowiedź jest bardzo ogólnikowa: "Tysiące porzuconych embrionów stwarzają sytuację niesprawiedliwości nie do naprawienia".

"Dignitas personae" potwierdza zgodę Kościoła na badania nad komórkami macierzystymi (w przyszłości mogą doprowadzić do produkowania np. komórek odpornościowych w celach leczniczych) pobieranymi od osób dorosłych, od naturalnie zmarłych płodów lub z krwi pępowinowej. Sprzeciwia się natomiast pobieraniu ich od embrionów (te komórki macierzyste są bardziej użyteczne dla naukowców) nawet przy użyciu technik nieprowadzących do ich uśmiercenia.

Watykan zgadza się też na terapie genowe. Zdecydowanie zakazuje jednak - choć to na razie zagrożenie teoretyczne - "projektowania dzieci", w tym leczenia bądź ulepszania komórek płciowych.

"Dignitas personae" uznaje aborcję i antykoncepcję za przejawy tej samej "cywilizacji śmierci". Tak radykalne sformułowania forsował w Kościele Jan Paweł II, choć wielu katolickich duszpasterzy i teologów otwarcie przyznaje, że czyny te mają zupełnie inną rangę moralną i należy je wyraziście rozróżniać.

- To bardzo smutne, że encyklika "Humanae vitae" przyczyniła się do tego, iż wielu już nie traktuje poważnie Kościoła jako rozmówcy i nauczyciela - komentował stanowisko Watykanu w sprawie antykoncepcji kardynał Carlo Maria Martini, nieżyjący już symbol reformatorskiego skrzydła w Kościele.

Włoski hierarcha sugerował, by ostateczną decyzję o używaniu środków antykoncepcyjnych pozostawić kochającym się małżonkom. O zapłodnieniu in vitro mówił w 2006 r. tygodnikowi "L'Espresso" tak: - Postępy nauki tworzą nowe obszary graniczne, obszary szarości. Dobrą zasadą jest powstrzymywanie się od pospiesznych sądów.

Obecny papież Franciszek zdecydowanie bronił bioetycznego nauczania Kościoła jako arcybiskup Buenos Aires i nic nie zapowiada, że zmieni w tej sprawie zdanie.

Rygorystyczne nauczanie Watykanu nie wyklucza jednak politycznych kompromisów w przypadkach, kiedy nie da się przeforsować ustaw w pełni zgodnych z katolickim nauczaniem. Kiedy we Włoszech próbowano zliberalizować przepisy o in vitro w referendum z 2005 r., Kościół włączył się do kampanii przeciw zmianom (głosowanie okazało się nieważne z racji niskiej frekwencji). Tym samym bronił jednak wcześniejszej ustawy, choć była ona niezgodna z katolickim nauczaniem, bo w ogóle dopuszczała in vitro.

Do dziś Włochy są na Zachodzie jednym z krajów o najostrzejszych przepisach w sprawie sztucznego zapłodnienia, ale go nie zabraniają. Nie wolno tam mrozić zarodków, diagnozować ich przed wszczepieniem, zapłodnienie in vitro jest dostępne tylko dla par (czyli bez użycia gamet osób trzecich). Dopiero orzeczenie trybunału konstytucyjnego z 2009 r. otworzyło drogę do tworzenia więcej niż trzech zarodków.

Jednoznaczny sprzeciw Kościoła wobec aborcji (za taką Watykan uznaje także niszczenie zarodków) nie oznacza całkowitego zakazu podawania kobietom niektórych rodzajów pigułek "dzień po", czyli zapobiegających ciąży już po stosunku seksualnym. Chodzi wyłącznie o te środki, które nie dopuszczają do powstania zarodka (w przeciwieństwie do środków utrudniających zarodkowi zagnieżdżenie się w macicy). Są podawane ofiarom gwałtów w szpitalach katolickich w USA, a ostatnio aprobatę wobec tej metody potwierdzili biskupi niemieccy.

(wyborcza.pl/ © Agora SA)

In vitro to decyzja premiera, nie Arłukowicza

Po zapowiedzianym przez premiera programie zdrowotnym w sprawie refundacji in vitro mało kto już pyta o NFZ, Elektroniczną Kartę Pacjenta, dodatkowe ubezpieczenia. Jak z nieba to in vitro spadło.

Sławomir Neumann (PO), wiceminister zdrowia: - Nie odbieram tego w ten sposób. Zapowiedź premiera to efekt, powiedzmy to sobie uczciwie, pewnego klinczu w klubie PO. Nie była to decyzja ani ministra Arłukowicza, ani resortu, ale premiera. My teraz mamy ją skutecznie wykonać. Sprawa in vitro nie była naszym priorytetem, nigdy o tym głośno nie mówiliśmy, niczego nie zapowiadaliśmy w tej sprawie, co nie znaczy, że nic w resorcie nie było przygotowywane. Czekaliśmy na projekt ustawy, który Klub Parlamentarny PO miał w tej sprawie zgłosić.

A coś było w resorcie przygotowywane?

Materiały dotyczące in vitro w szufladach ministerstwa są jeszcze od czasów ministra Balickiego. Choć my nastawialiśmy się na inną kolejność – najpierw będzie ustawa, a dopiero potem szczegółowe rozporządzenia. Ale skoro premier uznał, że trzeba wreszcie przerwać ten węzeł gordyjski, który się w Platformie zawiązał, to my to zadanie wykonamy. Zwłaszcza, że w Polsce w najbliższych latach głównym wyzwaniem jest gospodarka, a nie sprawy i spory światopoglądowe, które dziś wielu są na rękę. Mamy w Sejmie partie, które swój kapitał budują na podsycaniu takich sporów. I zarówno aborcja, jak i in vitro są do tego wykorzystywane.

Tyle, że program zdrowotny nie załatwia wcale sprawy in vitro. Załatwia jedynie sprawę refundacji i reguluje jedynie zabiegi refundowane. Cała reszta zostaje po staremu.

Oczywiście, ale liczę, że to będzie impuls do dalszych prac nad kompromisem. Myślę, że dzięki temu szybciej powstanie projekt ustawy o in vitro. Szczerze mówiąc, nie wiem, co przyświeca niektórym osobom, które walczą, by nie można było mrozić żadnych zarodków, jednocześnie zamykając oczy na to, co dzieje się dzisiaj, kiedy przy braku regulacji zarodki mogą trafiać do ścieków i nie ma nad tym żadnej kontroli. I to jest OK? W przypadku naszego programu zdrowotnego sprawa jest prosta – mówimy o procedurze medycznej, nie o kwestiach etycznych.

I mam nadzieję, że wejście programu w życie przybliży nas do jakiegoś sensownego kompromisu. Tak jak było w przypadku ustawy aborcyjnej w 1993 roku.

Zadłużone szpitale, brak pieniędzy na zabiegi, a resort zdrowia daje 300 mln zł na trzyletni program in vitro. Naprawdę to w tej chwili najpilniejszy wydatek?

Znam te argumenty, ale mówienie, że zajmujemy się tylko in vitro nie jest prawdą. A te 50 mln zł, jakie w przyszłym roku przeznaczymy na in vitro przy skali naszych wydatków przekraczających grubo 60 mld zł to nie jest jakaś zawrotna kwota. Więc nie przesadzajmy. Przestrzegałbym też przed przeciwstawianiem sobie pacjentów. Miałem okazję uczestniczyć ostatnio w pracach Komisji Zdrowia w Sejmie, która zajmowała się w odstępie kilku tygodni problemami w leczeniu cukrzycy, w onkologii i w okulistyce. I każda z tych dziedzin wymaga większych nakładów. Nie można jednak mówić, że teraz zabierzemy cukrzykom i damy onkologii, albo zabierzemy onkologii i damy na kardiologię. Bo państwo ma dać równy dostęp wszystkim do badań i świadczeń medycznych. Także do in vitro. Nie możemy dać pieniędzy tylko na jedną dziedzinę, a resztę sobie odpuścić.

Ale jeśli chodzi o znaczenie i pilność leczenia, to trudno postawić onkologię na równi z in vitro, które dotyczy tak naprawdę ułamka społeczeństwa.

Zdarzają się także nowotwory, które dotyczą kilkunastu, kilkudziesięciu czy kilkuset ludzi. I co, mamy ich nie leczyć, bo to fanaberia? Bo dotyczą ułamka społeczeństwa? Nie wolno tak stawiać sprawy. In vitro jest taką samą procedurą medyczną jak wszystkie inne.

Nie jest panu żal, że to in vitro jest dziś wizytówką resortu, a nie np. zapowiadana od dawna likwidacja NFZ?

Dzięki temu, że media zajmują się in vitro, możemy spokojnie pracować nad pozostałymi projektami. Nie mam potrzeby ekscytowania się naszymi pomysłami na zewnątrz. Pracujemy bardzo intensywnie nad zmianami w NFZ i Elektroniczną Kartą Pacjenta, i gdy będziemy mieć gotowe projekty, pokażemy je.

Kiedy to będzie?

Jesteśmy zdeterminowani, żeby wprowadzić je szybko, w listopadzie będziemy mieć gotowy pierwszy projekt ustawy o NFZ. Do Sejmu powinien trafić na wiosnę.

Ten likwidujący centralę NFZ i powołujący ośrodki regionalne?

Tak. Zlikwidujemy centralę i powołamy urząd, który będzie z jednej strony nadzorczo-kontrolny, a z drugiej będzie wyceniać procedury i dbać o jakość w ochronie zdrowia. Docelowo ma służyć nie tylko płatnikowi publicznemu, ale także prywatnym płatnikom. Nad szczegółami tych rozwiązań jeszcze pracujemy. Likwidujemy centralny organ NFZ ,ale pewne sprawy muszą być regulowane na szczeblu centralym. I teraz trzeba dobrze to rozpisać, aby nie wylać dziecka z kąpielą. Zmiana ma przynieść poprawę obsługi, a nie utrudnić ludziom życie.

A ten urząd nie będzie taką quasi-centralą, tylko pod inną nazwą?

Nie, bo wszystkie kompetencje będą na dole w regionach. Ten urząd będzie czymś na kształt KNF, która ma nadzór nad bankami czy ubezpieczeniami - tylko nadzór i możliwość wydawania dyrektyw, aby pilnować dobrych praktyk w ochronie zdrowia. Prezes tego urzędu nie będzie mógł decydować o tym, co się dzieje w ośrodku w Białymstoku. Będzie jednak mógł wyciągać konsekwencje w przypadku łamania ustalonych procedur. Powołanie tego urzędu to pierwszy krok do tego, by potem ten urząd nadzorował płatników prywatnych z dobrowolnych ubezpieczeń dodatkowych, które wprowadzimy w przyszłości.

Ośrodek regionalny NFZ będzie w każdym województwie?

Niekoniecznie. Maksymalnie będzie ich 16, ale może być mniej. Zastanawiamy się jeszcze, czy lepiej stworzyć kilka silnych regionalnych ośrodków, czy pozostawić 16, dając im szansę łączenia się w silniejsze grupy w przyszłości.

Eksperci podkreślają, że istotne będzie tu przede wszystkim określenie obszaru autonomii tych regionalnych ośrodków. I to komu będą podlegać. Jeśli ministrowi lub prezesowi struktury centralnej, to decentralizacja będzie tylko pozorna.

Nie jest problemem to, kto powoła regionalnego dyrektora, tylko jakie będzie miał on kompetencje. Jeśli przykładowo schodzimy z kompetencjami z Warszawy do Białegostoku, Gdańska czy Szczecina i tam będą podejmowane decyzje co i jak kontraktujemy, to jest to wielka zmiana jakościowa. Tam będą zapadać kluczowe decyzje, tam będzie określany plan zdrowotny dla regionu i zgodnie z nim będą kontraktowane poszczególne usługi.

Co zmieni się dla przeciętnego pacjenta w Białymstoku czy gdziekolwiek indziej?

Pacjent powinien odczuć zmianę jakości świadczonych usług. Jeżeli zakładamy decentralizację i przeniesienie decyzji, na co wydajemy pieniądze w dół, bliżej pacjenta, to poprawi się jakość świadczonych usług i ich dostępność. Celowanie w poszczególne miejsca z pieniędzmi będzie znacznie skuteczniejsze niż dzisiaj. Uważam, że trzeba ludziom przybliżać możliwość decydowania o sprawach dla nich istotnych. Nie wszystko z Warszawy widać lepiej.

Krytycy mówią, że już raz podobną do pańskiej reformę przerabialiśmy - z kasami chorych.

To zupełnie co innego. Nawet jeśli będzie 16 oddziałów, to nie będzie między nimi konkurencji o pacjenta, jak było przy kasach, nie będzie problemu płacenia za migrację, bo to będzie już wcześniej rozstrzygnięte. Nie będzie tak, że składka płacona na Podlasiu będzie trafiała tylko na Podlasie, a na Mazowszu tylko na Mazowsze i będą nierówności w dostępie i nierówności w składkach. Zapewniam, nie będzie powrotu do kas chorych. Nie chcę, by publiczni płatnicy ze sobą konkurowali, bo to jest absurdalne. Konkurować mają płatnicy prywatni przy dodatkowych ubezpieczeniach, oferując atrakcyjne pakiety.

A Elektroniczą Kartę Pacjenta uda się w 2014 r. wprowadzić?

Do 2014 r. będzie na 100 procent. Co prawda kartę przygotowuje i będzie wydawał NFZ, ale robi to w bliskiej współpracy z Ministerstwem Zdrowia. Nadzoruję te prace i zapewniam, że Karta Pacjenta będzie na pewno. Gwarantuję.

(rzeczpospolita.pl)

Program in vitro

Minister zdrowia przedstawi dziś szczegóły programu dotyczącego in vitro. W ubiegłym tygodniu Donald Tusk na wspólnej konferencji z Bartoszem Arłukowiczem zapowiedzieli trzyletni program zdrowotny. Ma on pozwolić na refundację zabiegu, z którego według szacunków rządu może skorzystać w ciągu trzech lat około 15 tysięcy par.

Program miałby zostać rozpisany na trzy lata. Tusk zastrzegł jednak, że będzie możliwość przedłużenia refundacji, jeśli do tego czasu sejm nie uchwali ustawy w tej sprawie. Program terapeutyczny zakładający refundację procedury in vitro miałby się zacząć od połowy przyszłego roku. Do końca roku jego koszt wyniósłby 50 milionów złotych.

Decyzja premiera nie załatwia problemu, ale wiadomo, że państwo nie jest w stanie pomóc wszystkim - komentowała propozycję premiera dla WP.PL Anna Pszczoła z Fundacji Cud In Vitro. - W porównaniu z tym, co było do tej pory, to te 15 tys. par to jest bardzo dużo i na pewno taka pomoc jest nieoceniona - zauważa Anna Pszczoła z Fundacji Cud In Vitro. Podkreśliła jednak, że koszt samego zabiegu, który będzie dofinansowany, jest najmniejszym kosztem w całej procedurze. - To jest. ok 3 tys. zł. Największym kosztem są same leki. które wpływają na ostateczny koszt całego zabiegu - wyjaśniła Pszczoła.

Premier otworzył puszkę Pandory - dodała. - Ten temat jest bardzo kontrowersyjny i przede wszystkim jest kością niezgody między przeciwnikami a zwolennikami in vitro. Niektórzy nazywają zarodek już człowiekiem, a niektórzy nazywają go "tylko" zarodkiem. To jest bardzo ciężki temat , którego nie powinni ciągnąć posłowie. Co innego przyszłe pary, przyszli rodzice. To jest sprawa indywidualna i powinna się rozgrywać w zaciszu czterech ścian. To powinna być decyzja rodziców - oceniła Pszczoła.

Minister zdrowia Bartosz Arłukowicz podkreśla, że intencją programu finansowania metody in vitro jest, aby w końcu w Polsce o in vitro decydowali lekarze, a nie politycy, czy urzędnicy. - Te decyzje będą w rękach lekarzy, jak we wszystkich innych dziedzinach medycyny. To lekarze decydują, czy pacjent kwalifikuje się do tego czy innego sposobu leczenia, do leczenia choroby takim czy innym lekiem, takim czy innym zabiegiem - zaznaczył minister.

Podkreślił także, że program umożliwi monitoring przeprowadzanych zabiegów in vitro a dane będą przekazywane do resortu zdrowia. - Będziemy mieli wiedzę o każdej przeprowadzonej procedurze, efektywności tej procedury a także o losie zarodka - powiedział. Zaznaczył, że obecnie nie wiadomo, czy bezpieczeństwo zarodków jest zapewnione we wszystkich miejscach w kraju.

- Dzisiaj w Polsce nie wiemy dokładnie, ile dzieci urodziło się dzięki metodzie in vitro (...) Nie mamy właściwie merytorycznego nadzoru nad jednostkami, które wykonują in vitro, nie wiemy jaka jest efektywność, nie wiemy, ile par tak rzeczywiście, uczciwie oczekuje na ten zabieg. Opieramy się na pewnego rodzaju szacunkach - powiedział.

(wp.pl)

In vitro: ratunek czy biznes

Problemy z płodnością ma 
w Polsce 1,2 mln par. Tylko ułamek 
z nich decyduje się na in vitro

Na świecie jest ich już ponad 
5 mln. W Polsce dokładna liczba dzieci urodzonych w wyniku procedury in vitro jest nieznana, bo nasze kliniki, od prawie 30 lat funkcjonujące w prawnej próżni, nie muszą prowadzić sprawozdawczości. Wiadomo natomiast, że pierwsze polskie dziecko z probówki urodziło się jeszcze w czasach PRL, w 1987 roku.

Długo i drogo

W 1992 r. resort zdrowia zdecydował, że za procedurę in vitro tak samo jak za operacje plastyczne każdy musi płacić sam. Teraz ma się to zmienić. Premier Donald Tusk zapowiedział kilka dni temu, że państwo będzie refundować zabiegi in vitro w ramach programu zdrowotnego.

Z szacunkowych danych Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego wynika, iż w Polsce jest zapotrzebowanie na wykonanie rocznie 10–12,5 tys. takich procedur (obejmują stymulację hormonalną organizmu kobiety, zapłodnienie pozaustrojowe i zabieg wszczepienia zarodka). Z powodu bariery finansowej około 40 proc. par, które chciałyby skorzystać z in vitro, nie może tego zrobić.

Dziś stały koszt samej procedury to 5–6 tys. zł. Do tego jednak trzeba doliczyć koszty zależne od stanu zdrowia pacjentki, przygotowania do zabiegu, potrzebnych leków – od 2–3 do 6–10 tys. zł.

– Kobieta młoda, która nie wymagała długotrwałej stymulacji hormonalnej, zapłaci mniej za jedną procedurę, starsza więcej – mówi prof. Waldemar Kuczyński z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, człon ek Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego.

Tak czy inaczej ceny mogą zwalać z nóg średnio zarabiających Polaków, bo koszt procedury waha się łącznie od 9 do nawet 18 tys. zł. A statystycznie dopiero trzy gwarantują sukces, czyli dziecko.

Tak więc od chwili, gdy pacjentka zgłasza się z problemem do ewentualnego skierowania ją na zabieg in vitro, upływają dwa, trzy lata.

– Najpierw wykonujemy wszystkie badania i staramy się leczyć pacjentów metodami konwencjonalnymi – tłumaczy dr Grzegorz Południewski, ginekolog, który współpracuje z jedną z łódzkich klinik leczenia niepłodności. – Rzecz w tym, że coraz częściej z problemem bezpłodności zgłaszają się kobiety już mocno po trzydziestce. I wtedy zwyczajnie nie ma czasu na długie leczenie, bo gdy do zapłodnienia in vitro dochodzi około 40. roku życia, trzeba się mocno starać, żeby urodzić dziecko – dodaje.

Szacuje się, że dzisiaj w Polsce kłopoty z płodnością ma łącznie około 1,2 mln par. Ale tylko dla niewielkiego ułamka jedyną szansą na dziecko (jeśli nie chcą skorzystać z adopcji) jest zapłodnienie pozaustrojowe.

– Większości par można pomóc w inny sposób – mówi Kuczyński. – Ale w niektórych przypadkach, np. niedrożnych jajowodów, endometriozy (jej efektem jest uszkodzenie jajników – red.) czy słabych plemników, nie da się inaczej doprowadzić do ciąży. Zostaje in vitro.

Pani Anna z Wrocławia, która dziewięć tygodni temu urodziła chłopca dzięki in vitro, opowiada, że przez lata chodziła do lekarzy i za każdym razem słyszała, że jest zdrowa i na pewno lada moment zajdzie w ciążę. Dopiero gdy na własną rękę zrobiła badania hormonalne, trafiła do kliniki leczenia niepłodności.

Gdy zdecydowała się na in vitro, miała już 40 lat i dopiero po trzeciej stymulacji hormonalnej udało jej się uzyskać cztery zarodki. Chce mieć dwoje dzieci, więc w przyszłym roku wybiera się na kolejne zapłodnienie in vitro.

Dylemat, czy mówić dzieciom, że urodziły się w wyniku sztucznego zapłodnienia rozstrzygnęła na tak. – Jak tylko zaczną o to pytać, zamierzam im o wszystkim powiedzieć, a nawet zawieźć do kliniki, w której przeprowadzono zabieg – mówi „Rz".

– Uważam, że wszelkie tajemnice są złe dla rozwoju dzieci, a ponieważ wszyscy w rodzinie wiedzą, że synek jest dzięki in vitro, więc nie ma co tego ukrywać przed nim samym.

Najpierw leczyć przyczyny

Lekarze podkreślają, że in vitro jest bardzo skuteczne, ale nie daje 100-procentowej gwarancji zajścia w ciążę.

– Szacuje się, że skuteczność tej metody wynosi ok. 60 proc. – mówi dr Południewski.

Dlatego część lekarzy jest zdania, że metodę tę stosuje się zbyt często i zbyt chętnie, nie wykorzystując uprzednio wszystkich możliwości leczenia niepłodności.

– Robią to nie tyle pary, co lekarze. Zamiast skupiać się na leczeniu przyczyn, skracają czas, od razu proponując im in vitro – mówi „Rz" prof. Bogdan Chazan, były krajowy specjalista w dziedzinie położnictwa i ginekologii. – Chodzi o biznes koncernów farmaceutycznych. A im wcześniej lekarz namówi parę na in vitro, kiedy szanse na zajście w ciążę są większe, tym lepsze później statystyki skuteczności tej metody.

Jego zdaniem, refundacja in vitro doprowadzi do tego, że wiele par, które dzisiaj nie muszą z niego korzystać, będzie to robić. Bo inne metody, skupiające się na leczeniu przyczyn, a nie skutków, które nie są dofinansowywane, staną się siłą rzeczy mniej atrakcyjne.

Tak miałoby się stać choćby z naprotechnologią, która zdaniem części lekarzy jest alternatywną dla in vitro metodą prowadzącą do zajścia w ciążę. Polega na kompleksowym zajęciu się pacjentem – najpierw wszechstronne badania, później obserwacja pacjenta, leczenie hormonalne, połączone z chirurgicznym, jeżeli trzeba np. udrożnić jajowody czy usunąć zrosty na jajnikach.

– Tak naprawdę wszystkie wczesne metody leczenia, które się powszechnie stosuje, zanim wyśle pacjentki na in vitro, to nic innego jak właśnie naprotechnologia – wskazuje dr Południewski.

Trzeba się starać rok

Ministerstwo Zdrowia ma w poniedziałek ogłosić szczegóły programu dotyczącego korzystania z in vitro. Wiadomo, że resort będzie dopłacał do samego zabiegu. Koszt leków, związanych z przygotowującą do niego terapią hormonalną, będą ponosili pacjenci.

Każda para, zanim dostanie refundację zabiegu, będzie musiała też udokumentować roczne leczenie metodami tradycyjnymi.

– To, że przez rok para stara się bezskutecznie o dziecko, wcale nie oznacza jeszcze niepłodności. W pierwszym roku starań w ciążę zachodzi 85 proc. par, w drugim kolejne 7 proc. – zauważa prof. Krzysztof Łukaszuk z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Resort chce też ograniczyć wiek pacjentek, które mogłyby się ubiegać o refundację. Według Kuczyńskiego jest to słuszne.

– Skoro wydajemy publiczne pieniądze, a te nie są nieograniczone, to powinniśmy wydawać je racjonalnie – mówi.

A racjonalnie to znaczy na leczenie młodych kobiet, u których do zajścia w ciążę wystarczają statystycznie cztery próby. Bo już u kobiety 40-letniej potrzeba tych prób średnio dziesięć.

(rzeczpospolita.pl)

Arłukowicz: program in vitro bezpieczny dla pacjentów i zarodków (opis)

Program, w ramach którego będzie finansowane in vitro, gwarantuje bezpieczeństwo pacjentów i zarodków; przystąpić do niego będą mogły tylko kliniki gwarantujące najwyższe europejskie standardy - zapewnił w poniedziałek minister zdrowia Bartosz Arłukowicz.

Program ma ruszyć od 1 lipca 2013 r. i przewidziany jest na trzy lata; ma objąć 15 tys. par. Będą mogły być zakwalifikowane do niego kobiety do 40. roku życia. Refundacja ma być dostępna dla par (nie tylko małżeństw), które udokumentują, że od roku bezskutecznie leczą niepłodność. Finansowane mają być trzy próby zapłodnienia metodą in vitro. Program będzie finansowany ze środków MZ na programy zdrowotne. Ośrodki wykonujące in vitro ww ramach programu zostaną wyłonione w konkursie.

"Chcielibyśmy zaproponować możliwość skorzystania z metody in vitro, podkreślam: zaproponować, a nikogo do tego nie zmuszać, przy zagwarantowaniu warunków bezpieczeństwa przy zastosowaniu tej procedury, po wyczerpaniu innych metod terapeutycznych. Chcemy zagwarantować najwyższy standard" - podkreślił minister.

Arłukowicz dodał, że celem programu jest także wpływ na poprawę trendów demograficznych. "To także jest bardzo ważne przy procesach demograficznych, z którymi mamy obecnie do czynienia w Polsce" - zaznaczył.

"Chcemy, żeby wszyscy ci, którzy bardzo chcą mieć dziecko, mieli taką możliwość; aby wszyscy ci, którzy borykają się z problemem niepłodności, mogli niezależnie od zasobności portfela do tej metody przystąpić" - mówił minister. Nie wykluczył, że po roku funkcjonowania programu, po analizach, okaże się, że obejmie on większą liczbę par, nie 15 tys., a np. 20 tys.

Podkreślił, że celem programu jest również poprawa skuteczności i efektywności leczenia metodą in vitro. Przypomniał, że dziś nie ma żadnych narzędzi, by przeprowadzać kontrole, sprawdzać, czy zabieg jest bezpieczny dla rodziców, co się dzieje dalej z zarodkami. W programie znajdzie się więc opis przeprowadzania tej procedury.

Arłukowicz dodał, że przystąpić do programu będą mogły tylko te kliniki, które będą gwarantowały i które już udowodniły, że przeprowadzają tę procedurę w "najwyższym europejskim standardzie". "Nie przystąpi do programu nikt, kto nie będzie w stanie sprostać zabezpieczeniu przyszłości wytworzonych zarodków" - podkreślił.

Minister wyjaśnił, że do programu będą kwalifikowane pary, które przynajmniej rok leczyły niepłodność i udokumentują to. Jeden z ekspertów resortu zdrowia prof. Leszek Pawelczyk zapowiedział, że w programie zostaną opisane czytelne kryteria włączenia pacjentów do programu, jak i wyłączające z niego.

Jak mówił prof. Pawelczyk, do programu będą kwalifikowane przede wszystkim pary, które bez programu zapłodnienia pozaustrojowego nie mają żadnych szans na uzyskanie ciąży. Powiedział, że są to przypadki, w których kobieta nie ma jajowodów lub są one niedrożne. Do tej grupy należą także pary, w których mężczyzna ma bardzo niskie parametry nasienia.

"Trzecią grupą są pary, które są po leczeniu onkologicznym lub w jego trakcie. Mówimy w ich przypadku o płodności odroczonej. Czyli najpierw trzeba się postarać, by zabezpieczyć możliwość zajścia w ciążę dla tych par, później wyleczyć onkologicznie i dopiero spróbować uzyskać ciążę" - zaznaczył.

Pawelczyk zapowiedział, że zostaną opracowane także kryteria, które będą dyskwalifikowały pary, których szansa na ciążę w ramach programu in vitro jest bardzo niewielka. "Wydajemy pieniądze społeczne, bramka, która będzie przepuszczała pacjentów do programu zapłodnienia pozaustrojowego, nie może być szeroko otwarta" - zaznaczył.

Nie spełnią kryteriów m.in. pary, które już były poddawane dwóm lub trzem programom zapłodnienia pozaustrojowego i albo nie udało się uzyskać w ogóle komórek jajowych, albo po przeniesieniu zarodków do macicy nie udało się uzyskać ciąży.

"Kolejna grupa to pacjentki, u których ze względu na upośledzoną czynność jajników, pomimo zastosowania najnowocześniejszych możliwych technik stymulacji jajeczkowania, i tak są niewielkie szanse na uzyskanie komórek jajowych" - powiedział.

Dyskwalifikowana będzie także grupa par z poronieniami nawracającymi. Do refundacji in vitro nie przystąpią także kobiety, u których są jakiekolwiek nieprawidłowości anatomiczne.

Prof. Pawelczyk poinformował też, że w programie będzie rozróżnienie na pacjentki ze względu na wiek. W przypadku kobiet do 35. roku życia maksymalna liczba zapłodnionych komórek jajowych to sześć. "Jeżeli u pacjentek, które mają mniej niż 35 lat, zostaną uzyskane tylko dwa zarodki, to tylko te dwa zarodki będą mogły być przeniesione do macicy. W wariancie, gdzie powstają trzy zarodki, nie będzie można przenieść do macicy więcej niż dwóch zarodków, trzeci zarodek będzie poddany kriokonserwacji (mrożeniu-PAP)" - powiedział podczas konferencji prasowej prof. Pawelczyk.

Dodał, że do programu in vitro mają być kwalifikowane kobiety do 40. roku życia, ale po 35. roku życia nie będzie ograniczeń dotyczących liczby zapłodnionych komórek jajowych, ponieważ mimo stymulacji uzyskuje się u nich zwykle nie więcej niż 4-5 komórek jajowych. W przypadku kobiet po 35. roku życia maksymalna liczba jednorazowo przeniesionych do macicy zarodków to dwa. Prof. Pawelczyk zaznaczył, że te ograniczenia mają służyć temu, by uniknąć powikłań in vitro, m.in. ciąż wielopłodowych.

Jak mówił, o losie zamrożonych zarodków będą decydowali rodzice. "Mogą poprosić o trzymanie zarodków bezterminowo i ośrodki to zrealizują" - wyjaśnił. Dodał, że koszt przechowywania zarodków to ok. 350 zł rocznie i będzie leżał po stronie ośrodków.

Prof. Rafał Kurzawa z Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego podkreślił, że w Polsce dostępność do in vitro w związku z tym, że jest to procedura droga, jest niewielka. Dodał, że w większości krajów UE zabieg ten finansowany jest ze środków publicznych, nie jest tak jedynie w Polsce i na Litwie; od ubiegłego roku nawet Rumunia, kraj od nas biedniejszy, finansuje leczenie tą metodą. W Czechach, gdzie jest ok. 10 mln mieszkańców, wykonuje się tyle samo zabiegów co w kraju 40-milionowym, takim jak Polska - dodał.

Jak poinformował, problem niepłodności dotyczy w Polsce ok. 12-15 proc. populacji, czyli ok. 1,2 mln-1,3 mln osób. Dodał, że przyczyniają się do tego także elementy dotyczące stylu życia, czyli przesuwania decyzji o posiadaniu dzieci, a tym samym wchodzeniu w wiek, kiedy w sposób naturalny płodność zaczyna maleć.

Zaznaczył, że problemy niepłodności leżą w równej części po stronie mężczyzny i kobiety, przy czym znaczący odsetek problemów z płodnością nakłada się na siebie i dotyczy zarówno kobiety, jak i mężczyzny. Dodał, że nadal w przynajmniej 20 proc. przypadków nie można stwierdzić, co jest przyczyną.

Prof. Kurzawa poinformował, że w Polsce od wielu lat istnieje dobry system finansowania podstawowych procedur związanych z leczeniem niepłodności, takich jak leczenie zachowawcze, leczenie chirurgiczne czy proste techniki rozrodu wspomaganego medycznie.

Program ma być finansowany ze środków ministerstwa zdrowia na programy zdrowotne, w tym także ze środków pochodzących z rezerwy celowej.

Prof. Waldemar Kuczyński wyjaśnił natomiast, że kliniki, które będą chciały przystąpić do konkursu, będą musiały wykazać minimum trzyletnie doświadczenie w zakresie leczenia in vitro oraz wprowadzenie systemów zarządzania jakością. W ramach programu ma powstać również 9-osobowa rada programowa jako wsparcie merytoryczne dla ośrodków oraz w celu monitorowania realizacji programu, a także podziału środków finansowych. Stworzony zostanie także rejestr ośrodków i wykonywanych procedur.

Arłukowicz zapowiedział ponadto starania o objęcie refundacją leków, które stosuje się np. przy przygotowaniu do in vitro. Dodał, że zależy to od producentów leków, czy zgłoszą wniosek o refundację.

Zgodnie z zapowiedzią premiera Donalda Tuska i Arłukowicza in vitro będzie finansowane w ramach programu zdrowotnego. Refundacja ma być dostępna dla par (nie tylko małżeństw), które udokumentują, że od roku bezskutecznie leczą niepłodność. Program przewidziany jest na trzy lata; ma objąć 15 tysięcy par. Koszt pierwszego pół roku funkcjonowania programu - od lipca do końca 2013 r. - to ok. 50 mln zł. W następnych latach ma to być kwota dwukrotnie wyższa. Premier zapowiedział, że dalsze losy programu będą zależały od zapisów ustawy, która ma powstać w ciągu pierwszych trzech lat działania programu.

(PAP)

Etycy: leczenie niepłodności to nie tylko in vitro

Niepłodność ma złożone przyczyny i do każdego przypadku należy podchodzić indywidualnie - wynika z dyskusji na międzynarodowej konferencji "Niepłodnosć w XXI wieku. Mity i Rzeczywistość", odbywającej się w Warszawie w piątek i sobotę.

Konferencja miała miejsce w budynku Centrum Bankowo - Finansowego, czyli dawnej siedzibie Komitetu Centralnego PZPR. Do szczególnej atmosfery tego miejsca nawiązywali wykładowcy, w szczególności prof. Jan Hartman, który przyjechał prosto z Moskwy.

Jak zauważył ksiądz profesor Wojciech Bołoz z Centrum Ekologii Człowieka i Bioetyki UKSW w Warszawie, w latach 70. XX wieku przyrost naturalny był w Polsce tak duży, że spędzał sen z powiek ówczesnym władzom. Dzietność kobiet wynosiła 2,25 podczas gdy w roku 2010 - zaledwie 1,32. W nowym ustroju poprawił się stan naturalnego środowiska, wzrósł produkt krajowy brutto, a odżywianie stało się bardziej racjonalne. Sądząc po znacznym wzroście średniej długości życia, poprawiła się także opieka zdrowotna. Trudno zatem wytłumaczyć zmniejszoną dzietność czynnikami materialnymi.

Jak zaznaczył ksiądz profesor Bołoz, obecnie panuje konsumpcyjny styl życia - ludzie nie chcą ograniczeń życiowych związanych gwałtownym wzrostem wydatków na dziecko. Przy dokonywaniu życiowych wyborów kierują się opłacalnością, a potomstwo jest raczej elementem samorealizacji niż inwestycją w przyszłość.

Zdaniem księdza profesora istotny jest również czynnik religijny - jego wpływ na trwałość małżeństwa, postawę wobec aborcji czy antykoncepcji. "We współczesnej Polsce nastąpiła bezprecedensowa laicyzacja - religia nie narzuca już obowiązków i nie integruje społeczności - jednostki indywidualizują się i postępują zgodnie z własnym interesem" - ocenił. Jego zdaniem możliwe jest, że niepłodności sprzyja również antykoncepcja - nie tylko bezpośredni wpływ długotrwałej antykoncepcji na organizm kobiety, ale i krążenie wydalonych estrogenów w środowisku.

Według prof. Bołoza procedura in vitro nie jest rozwiązaniem problemu niepłodności - między innymi ze względu na wysoki stopień śmiertelnosci zarodków, przedmiotowe ich traktowanie oraz możliwość nadużyć - na przykład handlu ludzkimi komórkami rozrodczymi czy zatarcie granic pokrewieństwa. Niektórzy autorzy twierdzą, że dzieci poczęte in vitro są bardziej narażone na pewne choroby.

Prof. Bołoz rozwiązanie problemu widzi raczej w rzetelnym podnoszeniu poziomu wiedzy młodego pokolenia, od którego zależy powodzenie demograficzne.

Ksiądz dr Piotr Kieniewicz Katedry Teologii KUL zastrzegał, że osoba nie może być wykorzystana ani poświęcona dla jakiegokolwiek celu - jak w w przypadku "nadmiarowych" zarodków. Płodność jest przejawem zdrowia, niepłodność -dysfunkcji. O ile to możliwe należałoby w każdym indywidualnym przypadku dążyć do ukierunkowanej terapii. "In vitro nie jest taką terapią" - podkreślił.

Dr Beata Wróbel przedstawiła liczne zaburzenia seksualne mające wpływ na płodność - pochwicę, ból przy stosunku, zaburzenia orgazmu, problemy ze zbyt wczesnym czy zbyt późnym wytryskiem, zaburzenia relacji partnerskiej. "Także brak snu, złe odżywianie czy używki mogą zakłócać płodność" - przypomniała.

Prof. Jan Hartman z Uniwersytetu Jagiellońskiego wskazał na niedopuszczalność sytuacji, w której zagadnienia związane z in vitro nie zostały uregulowane i właściwie wszystko jest możliwe. Jednocześnie zaznaczył, że nie można zakazywać tej procedury na podstawie doktrynalnych założeń, zgodnie z którymi każdy zarodek byłby obdarzony nieśmiertelną duszą. Większość społeczeństwa nie uznaje zarodka za człowieka. "Olbrzymia liczba zarodków ginie z przyczyn naturalnych w pierwszej fazie ciąży - co jednak nie jest przedmiotem dyskusji etyków" - argumentował, dodają, że liczba zarodków ginących w związku z in vitro jest nieporównywalnie mniejsza.

Prof. Hartman sprzeciwił się projektom zezwalającym na in vitro tylko parom małżeńskim. "To procedura niełatwa, związana z ryzykiem. Każdy może mieć swój pogląd na dopuszczalność in vitro, może do nich przekonywać - ale nie może ich narzucać" - mówił.

Konferencji towarzyszyła wystawa produktów, które mogą być pomocne w leczeniu niepłodności. Zawierające witaminy i minerały suplementy poprawiają jakość nasienia, dopochwowy żel ułatwia plemnikom dotarcie w miejsce przeznaczenia, a testy nowej generacji ułatwiają na przykład wykrycie infekcji Chlamydia trachomatis czy Neissseria gonorrhoeae - wywołane przez te drobnoustroje stany zapalne narządów płciowych mogą być przyczyną niepłodności.

(Gazeta.pl)

Prof. Cebrat: In vitro to wielki biznes, a nie nauka

Czy metoda in vitro jest bezpieczna dla dzieci poczętych w ten sposób? Czy państwo powinno ją refundować? Czy powinniśmy eksperymentować z genomem człowieka? Z prof. Stanisławem Cebratem, kierownikiem Zakładu Genomiki Uniwersytetu Wrocławskiego rozmawia o tym Maciej Sas

Spodziewałem się, że będzie u Pana kolejka polityków, którzy chcą się dowiedzieć czegoś o in vitro. Tyle przecież ostatnio o tym mówią, więc taka wiedza powinna być im potrzebna... Tłumu nie widzę. Ktoś próbował się z Panem spotkać?
Z polityków nie. Chociaż wiedza naukowa bez wątpienia przydałaby się im w tym przypadku. Jednak - jak pan zapewne zauważył - w dyskusji na temat in vitro w ogóle nie mówi się o meritum sprawy, a więc o jakichkolwiek zagrożeniach, jaki to problem, co może zrodzić stosowanie tej technologii.

Mnóstwo jest ideologii, emocji, a z wiedzą krucho w tych dyskusjach.

Zawsze się mówi o problemach natury religijnej, politycznej, jeśli o społecznej to zwykle omija się zasadnicze problemy.

 

Kończy się na tym, że ktoś będzie musiał do tego dopłacać. Nikt nie mówi natomiast o tym, jakie wady genetyczne mogą mieć dzieci, które przyjdą na świat dzięki in vitro. I o tym, kto je będzie utrzymywał.

Przede wszystkim jednak proszę mi wyjaśnić wątpliwość - mówi się, że in vitro to metoda leczenia niepłodności...
To wielki absurd. Porozmawiajmy o tym, jak wygląda samo in vitro, gdy mężczyzna jest niepłodny. Mężczyzna może być niepłodny z powodu braku wykształconych nasieniowodów lub ich niedrożności spowodowanej łagodną formy mukowiscydozy (na ogół to choroba śmiertelna). W tym przypadku mamy do czynienia z łagodną formą - mężczyzna nie ma wykształconych nasieniowodów, ale nie jest on sterylny. Produkuje plemniki, ale nie może doprowadzić do zapłodnienia w naturalny sposób. Plemniki można pobrać dzięki biopsji jąder i użyć ich do zapłodnienia komórki jajowej. I co - ten człowiek został wyleczony? Trudno to nazwać wyleczeniem, bo będzie miał dziecko, ale stan jego organizmu absolutnie nie poprawił się.
Druga rzecz - jeśli w ten sposób uzyska się plemniki to każdy z nich niesie defekt z genem odpowiedzialnym za mukowiscydozę. Jeżeli matka jest nosicielką, to mamy 50 procent prawdopodobieństwa, że dziecko będzie mieć mukowiscydozę. I wtedy najprawdopodobniej cięższą, śmiertelną postać. Tego typu zabiegi są bardzo niebezpieczne, bo związane są z ryzykiem przeniesienia defektu genetycznego.
Leczeniem można by nazwać udrożnienie jajowodów kobiety - bo leczymy w ten sposób stan jej niepłodności.

Zaintrygowało mnie to, o czym się nie mówi. Politycy krzyczą, że ludzie chcą mieć dzieci - zgodzić się na finansowanie tej procedury z kasy państwa, czy nie. Nie mówi się o blaskach i cieniach tej metody z punktu widzenia naukowego i ekonomicznego. A z tego, co Pan mówi, wynika, że nie wszystko tu jest tylko dobre.
Jeśli się mówi o takiej metodzie, gdzie mamy parę bezpłodną, pierwsze pytanie, jakie należy zadać, brzmi: "Dlaczego oni są bezpłodni?" To znaczy, że jest naturalna bariera, która nie dopuszcza do zapłodnienia...

... czyli natura sama zabezpiecza się przed kłopotami?
Natura hamuje rozwój gamet, czyli komórek jajowych i plemników, w takich przypadkach, gdy doszło do przestawienia fragmentu genomu z jednego miejsca w inne. Nazywa się to translokacją, czyli swego rodzaju mutacją. Wyobraźmy sobie, że nasz genom to dwa wydania jakiegoś dzieła - jedno dostaliśmy od matki, drugie - od ojca. Te wydania powinny być prawie identyczne. Ale jednak różnią się. Każde z nich ma trzy miliardy znaczków, którymi zapisana jest informacja genetyczna. Może się zdarzyć, że jedno wydawnictwo, przygotowując to dzieło, doszło do wniosku, że można zamienić miejscami jakieś opowiadania, że tak będzie lepiej, bardziej czytelnie. Takie dwa różne wydania spotkają się u jednego z rodziców. Jeśli teraz ten rodzic tworzy gametę, czyli komórkę rozrodczą, to tworzy swoje wydanie (z dwóch, które dostał od swoich rodziców) i przekazuje je swojemu dziecku. Tworzy nowe wydanie wybierając losowo tomy z wydań rodzicielskich. Jeżeli więc wziął V tom, a tam była ta historia, którą przeniesiono z tomu III, to w obu wydaniach może mieć tę samą historię powtórzoną dwa razy, czyli - trzymając się przykładu wydawnictwa - ma dwa razy ten sam rozdział. Nie ma za to historii, która była pierwotnie w V tomie. Coś się powtórzyło, a coś innego zgubiło. A prawdopodobieństwo tego jest bardzo duże. Jeżeli taka gameta zostanie użyta do spłodzenia nowego człowieka, będziemy mieli ciężki defekt genetyczny. Najprawdopodobniej w takim przypadku dziecko w ogóle się nie urodzi. I to jest najszczęśliwsze rozwiązanie. Natura przed produkcją gamet sprawdza, czy te dwa wydania pasują do siebie, czy nie ma istotnych przemieszczeń. Jeśli są - nic z tego nie będzie, produkcja gamet jest zablokowana.

(GazetaWrocławska)

Naukowcy stworzyli plemniki ze skóry!

Pojawiła się wielka szansa dla bezpłodnych mężczyzn. Naukowcy z University of Pittsburgh School of Medicine wyhodowali plemniki z komórek skóry – podaje pismo Daily Mail

Plemniki pochodzą z komórek macierzystych. Pochodzą one z komórek skóry, które poddano działaniu koktajli chemicznych. Uzyskane komórki macierzyste otrzymywały następnie składniki odżywcze dzięki którym zaczęły się rozwijać.

Stworzone plemniki są na razie są okrągłe i bez „ogonków” , jednak naukowcy już nad tym już pracują. Co ważne, komórki pozbawione są wad genetycznych. Badacze uważają, że najgorsza część pracy jest już za nimi.

Uzyskanie odpowiedniego kształtu nie oznacza jednak, że plemniki będą już mogły zostać wykorzystane w leczeniu niepłodności. Eksperci podkreślają, że potrzeba jeszcze sporo czasu, żeby można było użyć plemników do badań klinicznych. Może to potrwać jeszcze wiele lat.

Sukces naukowców spotkał się z liczną krytyką. Przeciwnicy sztucznego „hodowania” komórek jajowych i plemników twierdzą, że w przyszłości może to spowodować, ze będziemy kreować wyłącznie sztuczne życie co jest wg. nich nieetyczne.

(zdrowie.dziennik.pl)

Trzystu naukowców apeluje o refundację naprotechnologii; wśrod nich jest sześciu lekarzy

Z apelem o wprowadzenie ustawowego zakazu stosowania procedury in vitro jako "drastycznie niehumanitarnej" oraz o szerokie upowszechnienie naprotechnologii i zapewnienie jej pełnej refundacji przez NFZ zwróciło się do parlamentarzystów grono ludzi nauki.

Pod apelem do parlamentarzystów podpisało się 300 osób związanych z nauką. Jest wśród nich kilkudziesięciu profesorów. Według danych na stronie nauka-polska.pl (można tam znaleźć dane osób posiadających co najmniej stopień doktora), z medycyną związanych jest sześcioro: patofizjolog Zbigniew Chłap, genetyk kliniczny Alina Midro, patomorfolog Maria Sobaniec-Łotowska, dermatolog Eugeniusz Baran, diabetolog Dorota Zozulińska-Ziółkiewicz oraz pediatra i endokrynolog Ludwika Sadowska.

W ocenie autorów procedura in vitro jest "nieodłącznie związana z niszczeniem życia człowieka w fazie prenatalnego rozwoju".

"Procedura ta jest rażąco sprzeczna z ekologią prokreacji, zastępując naturalne środowisko poczęcia i początkowego rozwoju człowieka, jakim jest łono matki, przez szkło, a w skrajnym przypadku przez system głębokiego zamrażania (do temperatury -195 st. C). To naruszenie ekologii prokreacji skutkuje prawie dwukrotnym wzrostem śmiertelności niemowląt, 2-3-krotnym wzrostem występowania różnych wad wrodzonych, a także opóźnieniem rozwoju psychofizycznego dzieci poczętych metodą in vitro w porównaniu do dzieci poczętych w sposób naturalny" - napisano w apelu.

Zdaniem jego autorów "pozytywną metodą" pomocy małżonkom pragnących poczęcia i urodzenia dziecka jest naprotechnologia, m.in. dlatego, że na żadnym etapie jej stosowania "nie dochodzi do niszczenia poczętych istot ludzkich, naruszenia godności małżonków i poczętej istoty ludzkiej oraz zachowane są ekologiczne zasady prokreacji".

Naprotechnologia opiera się na analizie fizjologicznej i biochemicznej cyklu miesiączkowego kobiety, z uwzględnieniem jej gospodarki hormonalnej, co następnie jest podstawą do innych działań leczniczych, np. zastosowania technik laserowych czy mikrochirurgii.

Zdaniem zwolenników tej metody leczenia bezpłodności jest ona skuteczniejsza od in vitro, a zgodnie ze stanowiskiem Kościoła katolickiego naprotechnologia jest uznawana za metodę leczenia niepłodności, która ma stanowić alternatywę wobec zapłodnienia in vitro.

Przeciwstawianie naprotechnologii metodzie in vitro w leczeniu niepłodności budzi sprzeciw wielu środowisk medycznych. Lekarze podkreślają, że w niektórych sytuacjach - np. gdy kobieta ma nieodwracalnie uszkodzone jajowody albo w przypadku uszkodzenia nabłonka plemnikotwórczego u mężczyzn - techniki stosowane w naprotechnologii nie pomogą.

(PAP)

Niepłodność - najnowsze metody leczenia
Niepłodność dotyka coraz więcej par. Dziś, gdy tak głośno jest o metodzie in vitro, warto wiedzieć więcej o wszystkich najnowszych sposobach leczenia tej cywilizacyjnej choroby.

Do lekarza przychodzi para, która od pół roku stara się o dziecko i nic. Czy rzeczywiście mają powód do niepokoju?

Niepokoić się można po roku regularnego współżycia. Ale do lekarza zgłosić się warto wcześniej, bo to okazja do rozmowy o fizjologii kobiety, o tym, jak poznać okres płodny - bo przecież tylko w tym czasie może dojść do zapłodnienia.

Chodzi o obserwację śluzu?

Najpierw trzeba ustalić, czy cykle są regularne. Jeśli tak, to przyjmuje się, że mniej więcej 14 dni przed spodziewaną miesiączką (bez względu na to, czy cykl jest 24, 28 czy 35-dniowy) dochodzi do owulacji. I wtedy warto przyjrzeć się wydzielinie z pochwy. Jeżeli przypomina surowe białko, to dobrze, bo tak właśnie wygląda śluz szyjkowy, który ułatwia plemnikom drogę do komórki jajowej. Dla pewności można sobie jeszcze przez kilka dni robić testy owulacyjne (podobne do ciążowych). Jeśli w moczu zostanie wykryty hormon luteotropowy (LH), świadczy to o tym, że jajeczkowanie się odbyło.

Takiej "uświadomionej" parze daje się więc rok

jeśli są zdrowi i młodzi. Bo gdyby okazało się np., że mężczyzna był kiedyś leczony chemią czy radioterapią, to od razu zaproponuje mu się badanie nasienia. A jeśli kobieta miała jakąś operację brzuszną, po której mogły się wytworzyć zrosty, to też lepiej sprawdzić to jak najszybciej. Ale jeżeli to jest zdrowa para, zapraszamy oboje do poradni po roku regularnego współżycia.

Oboje?

Bez wątpienia. Nie wolno zapominać o mężczyźnie. Bo czasem latami leczy się tylko ją, a nikt nie pamięta, żeby zbadać i jego. A jak się to wreszcie zrobi, to się okazuje, że w nasieniu w ogóle nie ma plemników

A jak to wygląda w procentach?

Statystycznie czynnik męski jest odpowiedzialny za blisko 40 proc. przypadków niepłodności. W poszczególnych parach przyczyna może leżeć tylko po stronie kobiety, tylko po stronie mężczyzny albo po obu naraz. I tak jest najczęściej.

Mija więc rok i niedoszli rodzice zjawiają się w poradni. Co teraz?

Zbieramy dogłębny wywiad. Nie tylko dotyczący fizjologii kobiety, jej historii ginekologicznej, współżycia pary, ale w ogóle zdrowia obojga. Pytamy o wypadki, operacje, o to, czy biorą jakieś leki. O choroby metaboliczne, takie jak cukrzyca i choroby tarczycy. Te ostatnie mogą zaburzać cykl miesięczny, ale nawet przy regularnych miesiączkach od razu zlecamy badanie przysadkowego hormonu TSH, którego poziom pozwala ocenić pracę tarczycy. A jeśli miesiączki są nieregularne, badamy także gonadotropiny (FSH i LH) - hormony przysadki sterujące pracą jajników. Wszystkie je oznacza się z próbki krwi.

Oczywiście badamy też pacjentkę ginekologicznie i kierujemy na USG przezpochwowe.

Po co?

Żeby obejrzeć macicę, jej położenie i wygląd. Sprawdzić, czy oba jajniki są widoczne i czy nie ma w nich jakichś torbieli, guzków. Jajowodów nie zobaczymy, chyba że są wypełnione płynem. To - ponieważ jest nieprawidłowe - wskazuje kierunek dalszego postępowania. Jeśli badanie jest robione pod koniec I fazy cyklu, to dowiemy się, czy w jajniku dojrzewa pęcherzyk, a jeśli w II - dostrzeżemy ślad po niedawnej owulacji.

Powiedzmy, że wszystko wypadło prawidłowo. Co teraz czeka kobietę?

Zaraz, zaraz. Nie zapominajmy o mężczyźnie. Jemu przy pierwszej wizycie zlecamy badanie nasienia. Można je wykonać w ramach ubezpieczenia na podstawie skierowania do androloga (wypisze je ginekolog albo lekarz rodzinny). U nas na takie badanie czeka się jakieś półtora miesiąca. Androlog robi przy okazji wywiad - pyta o urazy, operacje (np. żylaków powrózka nasiennego), choroby przewlekłe, o zawód pacjenta (np. praca w wysokiej temperaturze upośledza pracę jąder), palenie papierosów. Nasienie można też zbadać prywatnie (po 3-5 dniach abstynencji seksualnej), kosztuje to koło 100 zł.

I jeśli wynik będzie dobry?

Wtedy znów rozważamy sprawę od strony kobiety. Jeżeli miała jakieś operacje brzuszne (choćby wycięcie wyrostka) albo przechodziła kiedyś przewlekłe zapalenie przydatków (jajników i jajowodów), to może przeszkodą w połączeniu się gamet są zrosty. Trzeba więc sprawdzić, czy jajowody są drożne.

To jest to słynne HSG, którego kobiety się boją?

To badanie rentgenowskie z użyciem tzw. kontrastu, który wpuszcza się do macicy od strony pochwy - przez szyjkę, którą trzeba na chwilę chwycić i unieruchomić. I rzeczywiście jest to trochę nieprzyjemne. Boli jak przy bardzo bolesnej miesiączce, ale trwa dosłownie minutę, więc da się przeżyć. Zresztą w szpitalu (znowuż w ramach NFZ) robi się HSG pod lekkim znieczuleniem - pacjentka nie usypia, ale jest jakby na rauszu.

Słyszałam, że boli jeszcze w chwili, gdy ten kontrast przeleci przez jajowody i wyleje się z drugiej strony

Ten ból jest podobny do ukłucia, które wiele z nas odczuwa przy owulacji, kiedy z pęcherzyka, wraz z jajeczkiem wydostaje się troszkę płynu. Ale on właśnie świadczy o drożności. Jeżeli w jajowodach są zrosty, to boli bardziej, bo wstrzyknięcie kontrastu może je rozerwać. I to nieraz wystarczy do zajścia w ciążę.

Kiedy jajowody są drożne, a nasienie niezłe - liczba plemników w jednym mililitrze wynosi 20 mln (lub jest tylko trochę mniejsza) - to zwykle szukamy jeszcze innej przyczyny. Jeśli jej nie znajdujemy, proponujemy inseminację.

Na czym to polega?

Mężczyzna oddaje nasienie do próbówki. Następnie jest ono preparowane w laboratorium - najlepsze plemniki przenosi się do specjalnej pożywki, a te gorsze, nieruchome, nieprawidłowe odrzuca. Potem te dobre wstrzykuje się kobiecie: zakłada się wziernik, wprowadza przezeń cieniutki cewnik i tym cewnikiem podaje wprost do jamy macicy. Nie wszyscy wiedzą, że to też jest refundowane.

Powiedzmy jednak od razu, że skuteczność tego zabiegu ocenia się na jakieś 10-15 proc. Ale ponieważ jest to metoda zupełnie bezpieczna i bezbolesna, możemy go powtarzać wielokrotnie.

A jeśli nasienie okaże się słabe?

Jeśli w nasieniu nie ma plemników lub są tylko pojedyncze i ani androlog, ani urolog nie potrafi pacjentowi pomóc, jedyną szansą, by mógł on zostać ojcem, jest metoda in vitro. W tym celu robi się biopsję - pobiera się z jądra plemniki (o ile się tam znajdują).

Kobiecie proponujemy in vitro, gdy nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności dwukrotnie zachodziła w ciążę pozamaciczną, która zagnieździła się najpierw w jednym, a później w drugim jajowodzie i oba trzeba było usunąć. To bowiem wyklucza możliwość spotkania się komórek rozrodczych. Chcę podkreślić, że in vitro uważamy za metodę ostatniej szansy.

Jakie są jeszcze możliwe przyczyny, dla których para nie może się doczekać potomstwa?

Wszystkich omówić nie zdołamy, ale nie sposób tu pominąć czynników genetycznych. Myśli się o nich zwłaszcza, gdy ciąża z początku rozwija się bez przeszkód, a później dochodzi do poronienia. Jeśli zdarzyło się to więcej niż raz, kierujemy parę do poradni genetycznej na badanie kariotypu - żeby sprawdzić, czy niedoszli rodzice nie są nosicielami jakiejś nieprawidłowości genetycznej.

Taka para nie może mieć dzieci?

Bywają takie mutacje w pojedynczym genie lub takie translokacje (przemieszczenia) genów, że istotnie nie ma na to szans. Ale na szczęście bardzo rzadko. Tu jest potrzebna opinia genetyka, który ustali, czy zaburzenie istotnie wyklucza doczekanie się potomstwa, czy też je tylko utrudnia i w jakim stopniu. W skrajnym przypadku, kiedy każda kolejna ciąża musi się skończyć niepowodzeniem, pozostaje zapłodnienie nasieniem obcego dawcy bądź metoda in vitro z dawstwem oocytów (komórka jajowa zostaje pobrana od innej kobiety).

Podobno zdarza się, że małżeństwo nie może mieć dzieci, ale kiedy po rozwodzie wejdą w nowe związki, to szybko zostają rodzicami?

Owszem. Jeśli w grę wchodzi tzw. czynnik szyjkowy - w śluzie znajdują się przeciwciała plemników męża. To łatwo sprawdzić. Przy I lub II inseminacji, kiedy kobieta jest w fazie płodnej, a mężczyzna i tak musi oddać nasienie, mieszamy na szkiełku próbkę śluzu z próbką nasienia i patrzymy pod mikroskopem, jak zachowują się plemniki. Jeżeli się ruszają, to dobrze. Jak słabo dostają punkty karne, od 1 jeśli są trochę niemrawe do 3, gdy są jak sparaliżowane. Problem jest natury immunologicznej i wymaga bardziej specjalistycznej diagnostyki i postępowania. My robimy tylko ten pierwszy test i to kosztuje u nas 100 zł, ale jest to pierwszy wydatek, jaki do tego momentu ponosi para.

To zresztą nie jedyne przeciwciała, które mogą utrudnić doczekanie się dziecka. Inne, związane z chorobami autoimmunologicznymi (jak toczeń czy choroba tarczycy, zwana Hashimoto), także bywają przyczyną poronień. Dlatego po dwóch, trzech poronieniach zalecamy badania także pod tym kątem. Także zbyt duża krzepliwość krwi może stanowić przeszkodę w donoszeniu ciąży.

A jak jest z inseminacją? Można ją proponować chyba tylko wtedy, gdy mamy pewność, że kobieta normalnie owuluje?

Niekoniecznie. Jeśli nie ma owulacji, możemy ją stymulować, podając hormony. Ponieważ pacjentka musi za nie zapłacić z własnej kieszeni, zaczynamy od tańszych, które można określić ogólnym mianem antyestrogenów, i dopiero, gdy nie pomogą, podajemy skuteczniejsze, ale droższe gonadotropiny (kuracja kosztuje 1000 zł, a czasem więcej).

Przy takiej stymulacji łatwiej o bliźnięta?

Tak, stymulacja hormonalna zwiększa ryzyko ciąży mnogiej. Ale dziś już potrafimy sprawdzić, czy dojrzała jedna, czy więcej komórek jajowych, żeby nie narażać kobiety na ryzyko urodzenia trojaczków. W ogóle dążymy do tego, żeby po leczeniu niepłodności ciąże były pojedyncze.

A co, jeśli inseminacja zawiedzie?

Zwykle po sześciu niepowodzeniach proponujemy zabieg in vitro. Tu też jest potrzebna stymulacja, żeby uzyskać więcej jajeczek, bo trudno przewidzieć, ile z nich uda się zapłodnić. I to już jest droga sprawa, bo na same gonadotropiny w zastrzykach trzeba wydać co najmniej 2000 zł, a do tego dochodzi jeszcze inny lek za kolejne 500-600 zł. Cała procedura kosztuje u nas jakieś 10-12 tys zł., bo tego NFZ nie refunduje.

Zanim do niej przystąpimy musimy o pacjentce jak najwięcej wiedzieć. Znać jej profil hormonalny, grupę krwi, wyniki badań w kierunku zakażeń wirusowych (WZW typu B i C, HIV). Musimy się też upewnić, czy zostały opanowane ewentualne choroby metaboliczne.

"In vitro" znaczy: w szkle - istotą tego zabiegu jest połączenie się komórek rozrodczych w próbówce. Jak się je pozyskuje?

Komórki jajowe pobiera się (w znieczuleniu dożylnym) cieniutką igłą przez tylne sklepienie pochwy - nakłuwa się jajniki, a ściślej dojrzałe pęcherzyki i pobiera płyn w nadziei, że w nim są. Następnie szuka się ich pod mikroskopem i umieszcza w inkubatorze w specjalnej odżywce.

Z mężczyzną sprawa jest prostsza. Przy klasycznym zapłodnieniu pozaustrojowym oddaje on nasienie, które zostaje spreparowane tak jak do inseminacji i dodane do komórek jajowych. Dalej plemniki radzą sobie same. Jeśli jednak wiadomo, że jest ich bardzo bardzo mało, to robimy mikroiniekcję: staramy się złapać najbardziej ruchliwy, najlepiej rokujący plemnik i wprowadzić go do wnętrza komórki jajowej, którą wcześniej trzeba oczyścić z otoczki komórek ziarnistych (przy zapłodnieniu naturalnym plemnik rozpuszcza ją sobie sam). Potrzebny jest do tego specjalny mikroskop i bardzo precyzyjne mikronarzędzia, co podraża całą procedurę.

I co dalej?

Nazajutrz wiemy już, ile jajeczek zostało zapłodnionych, W dwa, trzy dni później kilka z nich zacznie się dzielić. I wtedy następuje transfer do macicy - wprowadzamy najczęściej jeden lub dwa zarodki. Pozostałe zamrażamy.

Jeden lub dwa?

Musimy to z parą omówić. Stawiamy sprawę jasno: podamy jeden, to mamy mniejszą szansę powodzenia, podamy dwa - jest większa szansa, że któryś się zagnieździ, ale też większe prawdopodobieństwo, że będą bliźnięta. Bierze się też pod uwagę wiek kobiety, stan zdrowia i to, czy były już jakieś próby, które okazały się bezowocne. Bo statystycznie zabieg jest skuteczny w 30 proc. W razie niepowodzenia można go jednak ponawiać, korzystając z zarodków zamrożonych. Warto podkreślić, że w wielu ośrodkach na świecie pracuje się nad ulepszeniem metody in vitro na każdym jej etapie, co pozwala mieć nadzieję, że jej efektywność będzie coraz lepsza.

In vitro - ile kosztuje rodzinne szczęście?
Nieskuteczne starania o potomstwo to nie tylko osobisty dramat wielu par, ale i potężny cios dla kieszeni, który nie zawsze przynosi efekty.

Pary, którym nie udało się zostać rodzicami w sposób naturalny nierzadko poświęcają wszystko by doczekać się biologicznego dziecka. Często zapożyczają się albo sprzedają majątek aby zwiększyć szanse na upragnionego malucha, pokrywając niebagatelne koszty zabiegu in vitro. A kliniki specjalizujące się w sztucznym zapłodnieniu każdą usługę związaną z leczeniem niepłodności skrupulatnie podliczają, do tego dochodzą jeszcze koszty potrzebnych leków.

Niepłodność to choroba a nie fanaberia

Sprawdziliśmy ile kosztuje szczęście rodzinne wielu polskich par. Poniesione przez nich ogromne wydatki nie zawsze wystarczają by doczekać się upragnionego dziecka. Prawie 40 proc. kobiet, które się poddały procedurze in vitro nie udaje się zostać matką. To ogromne obciążenie finansowe i emocjonalne dla ludzi starających się o potomka. Dlatego pragną by niepłodność traktować jak chorobę, a jej leczenie refundować z budżetu państwa. - Oczekuję tego, aby niepłodność była traktowana jak ciężka choroba, a leczenie jako walka o zdrowie a nie fanaberia posiadania dziecka. Zrozumienia, że muszę nauczyć się żyć z własną chorobą i potrzebuję na to czasu - pisze teligo na forum Niepłodność gazeta.pl.

Ile kosztuje podejście do in vitro?

Jak bardzo dochodowy jest biznes związany ze sztucznym zapłodnieniem i ile kliniki in vitro zarabiają na problemie z poczęciem dziecka pokazują wyliczenia forumowiczek. - Po kilku nieudanych inseminacjach zdecydowałam się na in vitro - pisze rodzynek1000. - Ile faktycznie pieniędzy potrzebuję? Ile to mnie będzie kosztowało? Mam odłożone 7 tysięcy zł i nie wiem czy mam z czym startować - zastanawia się. - Tak jak dziewczyny pisały, około 10 tysięcy mieć musisz, bo same badania i leki u nas to było około 2-3 tysięcy a sama procedura kosztuje około 7 tys. zł - dodaje magdad5.

Nadzieja na świeżaczki

Inna forumowiczka, przygotowująca się właśnie do zabiegu, wylicza swoje wydatki. - Będę brała marvelon a w styczniu jadę na wizytę. Tam dostanę receptę na leki - to około 3-4 tysiące). Po tej wizycie za 14 dni jadę na badania i płacę 1000 zł, potem za sześć dni, za osiem i za jeden (cena wizyt wliczona w ten tysiąc zł na początku). Następnie punkcja 1000 zł, później transfer 5000 zł. Czyli jak startuję na przykład 18 stycznia, to około 18-20 lutego będę już po wszystkim. Przez ten miesiąc muszę zapłacić ponad 11 tysięcy - wymienia dot78. - Dla mnie to trzecie podejście. Pierwsze było udane - synek ma 4 lata, drugie crio - nieudane. Teraz startuję trzeci i ostatni raz. Mam nadzieję, że będą świeżaczki, bo więcej cykli nie dam rady finansowo.

Leków nie wliczają w cenę

Sprawdziliśmy przykładowe ceny w oficjalnym cenniku zamieszczonym na stronie internetowej kliniki specjalizującej się w sztucznym zapłodnieniu, która ma oddziały w kilu miastach Polski. Już sama inseminacja jest drogą procedurą, zwłaszcza, że często musi być ponawiana. Najczęściej do zabiegu inseminacji kwalifikuje się pary, w przypadku których zastrzeżenia ginekologa budzi jakość nasienia. Jeden zabieg to ponad tysiąc złotych a statystyki mówią o tym, że jego skuteczność waha się od 5 do 25 procent. Już za pierwszą wstępną konsultację związaną z niepłodnością trzeba zapłacić ponad 150 złotych. Następnie w związku z inseminacją trzeba przeprowadzić ocenę cyklu i przygotowanie do niej kosztuje 150 złotych. Sam zabieg inseminacji - 750 złotych. Do tego trzeba doliczyć badanie nasienia, którego cena waha się od 100 do 250 zł w zależności od rodzaju. W cenę nie są wliczone lekarstwa, które pacjentka musi nabyć we własnym zakresie i nie są to kwoty bagatelne.

Dycha na początek

Jednak najbardziej kosztowne jest zapłodnienie pozaustrojowe i dopiero tu ceny są naprawdę wysokie. Standardowy cykl takiego zapłodnienia, czyli IVF kosztuje ponad 5500 zł; za IVF-ICSI trzeba zapłacić kolejne 1000 zł; a za transfer mrożonych zarodków - 1500 zł. Znieczulenie do zabiegu kosztuje 380 złotych. Łatwo obliczyć, że program IVF w klinice in vitro kosztuje od 10 tysięcy do 15 tysięcy zł w zależności od ośrodka i tego, jakie procedury i techniki zostaną wykorzystane. Podobnie jak w przypadku inseminacji, należy doliczyć do tego koszt niezbędnych leków. Na początek trzeba więc przygotować w zależności od kliniki - 10-15 tysięcy zł.

Mrożenie zarodków i nasienia

Dla par, które pragną w przyszłości podjąć kolejną próbę in vitro, kliniki oferują usługi dodatkowe, takie jak zamrożenie zarodków i nasienia oraz ich przechowywanie. Osoby, które chcą zostać ponownie rodzicami albo za jakiś czas, wydadzą na zamrożenie zarodków przez pierwszy rok 600 zł, każdy następny kosztuje 380 zł. Zamrożenie nasienia i przechowywanie go przez pierwszy rok - 560 zł, za każdy następny rok - 300 złotych. To tylko przykładowe koszty usług oferowanych w klinikach leczenia niepłodności, które ponoszą pary pragnące dzieci, u których natura zawiodła.

In vitro do skutku?

Dostępne są też programy, które w ramach jednej zryczałtowanej opłaty oferują zabiegi in vitro do skutku. Koszt takiego programu w klinice Invicta rozpoczyna się od 9600 zł. "Skutecznie leczymy niepłodność" - głosi slogan reklamowy tego ośrodka oferującego sztuczne zapłodnienie. - To zawracanie głowy, bo po czterech próbach należy się zastanowić nad celowością dalszego starania się o zajście w ciążę - uważa znany położnik, dr Grzegorz Południewski. Ale zarazem podkreśla, że każdy przypadek jest indywidualny i powodzenie zabiegu zależy od wielu czynników. Doktor Południewski spotkał rekordzistkę, która podeszła do in vitro siedem razy. - Dużo zależy od przyczyny niepłodności i wieku kobiety - mówi położnik. Jednak i tak, korzystając ze wszelkich zdobyczy medycyny, lekarze są w stanie pomóc tylko w przypadku ok. 60 proc. kobiet. Prawie 40 proc. starających się kobiet nie udaje się urodzić dziecka nawet drogą zapłodnienia pozaustrojowego. Nie zawsze wiadomo dlaczego tak się dzieje.

(Gazeta.pl)

Partnerzy

  • Pro-Salutem
  • Kurier Medycyny
  • Europejskie Centrum Edukacji